Wszystkie wpisy, których autorem jest Daniel

Berlin Marathon 2017

berlin marathon 2017 route

Berlin jest jedną z naszych ulubionych stolic Europy (zaraz po Londynie i Moskwie i Rzymie) i tym razem, gdy dostałem zgłoszenie na Berliński Maraton od mojego pracodawcy, czyli firmy adidas, postanowiliśmy nie przegapić okazji spędzenia kolejnego weekendu w Berlinie, zaliczenia jednego z Walking Tours i zaliczenia kolejnego maratonu.
Piątek spędziliśmy na Free Berlin Walking tour i wizycie na Maraton Expo, żeby odebrać numer. Daniel przyjechał w piątek wieczorem.

W sobotę Umicha z Olą poszli się powłóczyć i piwo w bramie spić, a ja się przygotowywałem do maratonu wykonując moje ulubione zajęcie, czyli leżąc na kanapie.berlin marathon 2017 słoń

Niedziela przywitała nas deszczem, 99% wilgotnością powietrza i w miarę ciepłą temperaturą powyżej 15 stopni C. Szybkie śniadanie, 2 kawy, 6 żeli do kieszeni i ruszamy na start metrem. Na starcie tłumy i policja z karabinami, bojąca się terrorystycznych zamachów, bo przecież w ten sam dzień są wybory w Niemczech. Po krótkiej rozgrzewce od razu pot się leje przy takiej pogodzie, więc oddaję torbę i truchcik spokojnie na start – mam miejsce w pierwszym przedziale A, więc spokojnie bez przepychania i pośpiechu. A oto, co zapamiętałem z biegu, bo niestety w niektórych momentach trochę film się zawiesza:

  • Jest 9:14, coś strzela i wszyscy lecimy.
  • Pierwsze 5 km, luzik poniżej 20 min bez żadnego spinania się. Na 7 km widzę Olę machającą.
  • 10 km, deszcz pada coraz mocniej, ubranie klei się do ciała, ale tempo dalej ok. 4 min/km, więc nie jest źle.
  • Na 15 km noga zaczyna trochę dokuczać, tempo spada. Deszcz wcale nie pomaga, a trasa wydaje się kręcić raz w lewo, potem zaraz w prawo i coraz bardziej ślisko.IMG_2694
  • 17 km i stwierdzam, że nie ma na co czekać i pora na pierwszego żela, był planowany na trochę później, no ale już nie ma co zwlekać.
  • Półmaraton mija, czas 1:26:40 i tempo spada coraz bardziej.
  • Trochę się potem film urywa, ale budzę się na 27 km, bo pamiętam, że zaraz będą dawać żele, biorę 3 i prawie od razu zjadam 2. Gdzieś po drodze stoją Ola i Daniel i coś machają. Po kilku sekundach sobie uświadamiam, że chyba kibicują. No dobrze, w sumie tylko jedna trzecia dystansu została.
  • Teraz już wszystko tak boli, że bólu nogi nie czuję. No i dobrze.
  • Na 35 km słyszę, że ktoś znowu coś krzyczy, budzę się trochę i patrzę, że to Daniel i Ola. A skąd oni tu? Zaraz potem mija mnie gościu z flagą oznaczoną tempem na 3 godziny. Podąża za nim duża grupa. Próbuję przyspieszyć, ale natychmiast skurcze zaczynają łapać, więc już nie szarpię. Wiadomo, że 3 godzin nie złamię. Przynajmniej to jest pewne i tylko pytanie, ile stracę na ostatnich 5 kilometrach.IMG_2695
  • Na 39 km jedzie z nami oficjalny BMW samochód organizacji biegu. Biegnę za nim i jest fajnie – przynajmniej trochę od wiatru osłania.
  • Potem mnie mija grupa na czele z gościem z żółtym balonem oznaczonym czasem 3 godz. Gościu wygląda lekko nieświeżo, patrzę się na zegarek i wiem od razu, że tak biegnąc na pewno nie złamię 3 godzin, bo mi zabraknie prawie minuty. Nie wiem czemu, ale trochę mnie wkurza ten jego żółty balonik. Myślę sobie: no tak on na pewno 3 godzin nie złamie, a na dodatek jeszcze ja go wyprzedzę. Przyspieszam i nogi podają, więc myślę, że na 2 km to ja na pewno jeszcze umiem się sponiewierać, więc ciągnę ile nogi dają.
  • Przebiegam bramę brandenburską, patrzę na zegarek i wiem, że już na pewno złamię 3 godziny, bo mam jeszcze minutę na dobiegnięcie do mety. Jeszcze mi jeden gościu zabiega drogę, bo chce się pokazać fotografowi. Gościu masz 2 sekundy zapasu, a ty tu się do fotografii ustawiasz? Odpycham go grzecznie z drogi i już mam prostą drogę do mety. Czas 2:59:58 Coś albo pamięć mi się zatarła od ostatniego maratonu albo te maratony się ani trochę łatwiejsze nie robią, mimo ze wolniejsze. IMG_2697

Te ostatnie 2 km trochę kosztowały, ale o tym będę myśleć dopiero jutro. Teraz pora na piwo lub dwa, i chyba emeryturę trzeba będzie jeszcze odłożyć…IMG_2696-1

 

KB GOCH VERSUS GROSSGLOCKNER

logo (1)

Grossglockner – Austria – 2017/07

Tradycją ostatnich kilku lat stał się udział w biegu górskim. W 2015 roku były nimi Bieg Rzeźnika (77 km) w Bieszczadach, 46-kilometrowy maraton na masywie kaukaskiego Elbrusa z wejściem na ponad 3100 m n.p.m., Chudy Wawrzyniec (85 km) w Karkonoszach. Rok 2016 okraszony był czerwcowym Rzeźniczkiem (28 km) i sierpniowym CCC (101 km) w ramach tygodnia UMTB w Chamonix. Lipiec 2017 to niegórski IronMan (3,8 km w wodzie – 180 km na rowerze – 42,195 km biegiem) w niemieckim Roth i sztafeta wokół masywu Grossglocknera w austriackich Alpach. IMG_2034 (1)

Österreich („państwo na wschodzie”) czasy potęgi austro-węgierskiej ma za sobą. Po rozpadzie Austro-Węgier po I wojnie światowej, klęsce w II wojnie światowej oraz krótkim okresie denazyfikacji Austria przystąpiła do planu Marshalla oraz zobowiązana została do zachowania wieczystej neutralności. Od tamtej pory rozwija się bardzo szybko, co niekoniecznie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że z tego niewielkiego kraju (83 878,99 km² i 8,6 mln mieszkańców) wywodzi się wielu słynnych ludzi muzyki (Mozart, Haydn, Mahler, Schubert, Straussowie, von Karajan), sztuki (Klimt, Kokoschka, Schiele, Rielke), szeroko pojętego biznesu (Porsche, von Rothschildowie, Swarovski, Lauda), nauki (Doppler, Asperger, Freud, Paracelsus, wielu laureatów nagrody Nobla z fizyki, chemii czy medycyny), filozofii (Wittgenstein, Husserl, Feyerabend, Popper), sportu (Schwarzenneger, Lauda, Alaba, skoczkowie narciarscy), reżyserzy (Lang, Preminger, von Stroheim, Wilder, Zinnemann, Seidl, Haneke), wynalazca maszyny do szycia Josep Madersperger, ludzie tak różni jak Adolf Hitler i zmarły w 2005 roku tropiciel nazistów 97-letni Simon Wiesenthal. Pomimo, że Austria jest obecnie republiką federalną z prezydentem Alexandrem Van der Bellenem i kanclerzem Christianem Kernem, to niezmiennym od lat pozostaje fakt, iż króluje tu Grossglockner (3798 m n.p.m.), i to właśnie w usytuowanym u jego stóp Kaprun od 2015 roku organizowany jest Grossglockner Ultra-Trail. Powiatowe 10-tysięczne Zell am See przyciąga rzesze turystów bliskością najwyższego szczytu w Austrii, jak również pięknym jeziorem malowniczo położonym między górami. Żaglówki, rowery wodne, motorówki tną odbijające się w tafli wody szczyty pokryte wiecznym śniegiem, zmieniając je w obrazy impresjonistów. Nieodległe Kaprun (od celtyckiego „biała, tudzież wzburzona, bystra woda”) jest miasteczkiem trzykrotnie mniejszym. Przyciąga ono wspinaczy, narciarzy oraz biegaczy górskich.IMG_2047

Głównym punktem programu Grossglockner Ultra-Trail jest 110-kilometrowa pętla wokół masywu. Można pokonać ją indywidualnie bądź w tzw. „sztafecie”. Polega to na tym, że pierwszy z zawodników przemierza odcinek z Kaprun do Kals am Grossglockner, gdzie drugi przejmuje odeń numer startowy, by udać się do Kaprun. Limit czasu wynosi 31 godzin (limit czasu do Kaprun – 16 godzin), a suma podejść to 6500 metrów.IMG_2048Bieg poprzedziła krótka odprawa. Organizatorzy zapowiadali spokojną noc i burze następnego dnia. Odziany w charakterystyczną żółtą koszulkę Klubu Biegacza GOCH Michał uśmiechnął się i rzekł, że wtedy odpoczywał on będzie już w Kaprunie. IMG_2008GU-T rozpoczął się w piątek 21 lipca punktualnie o 23.00. Niebo było niemalże bezchmurne, księżyc dopiero się wypełniał, gwiazdy migotały, gdy czołówki blisko 300 uczestników pomknęło uliczkami Kaprun ku ciemnym zboczom Grossglocknera.IMG_0207Noc była piękna, gwiaździsta, ciepła… w Kaprun.
Michał wspomina: „Było w miarę OK do momentu, gdy nadszedł kryzys. Potem było jeszcze gorzej, a potem, to już w ogóle było ciężko. Nadomiar, czołówka nie działała zbyt dobrze, a zapasowa była jeszcze słabsza. Na czterdziestym kilometrze pomogły trzy kit-katy i dwie kole. Potem był jeszcze lodowiec. Ślisko, dwa czy trzy dupowania. Kijki przydały się bardzo. Bez nich nie sposób było utrzymać równowagę. A potem jeszcze burza, deszcz i bieg zatrzymany na pół godziny, co pozwoliło na niewielką regenerację, no i jeszcze z górki do przepaku w Kals.”IMG_2052

Daniel wspomina: „Ostatnia część zbiegu do Kals wiodła asfaltem, a Michał celował w 11 godzin. Byliśmy na przepaku w sobotę ok. 9.30 rano. Nielicznie zgromadzeni dopingowali zbliżających się zawodników. Nie wiedzieliśmy ile czasu będziemy musieli czekać, gdyż livetracking przestał działać nad ranem. W biurze zawodów powiedziano nam, że to z powodu burzy. Przypomniał mi się uśmiech Michała sprzed kilkunastu godzin. Tak to już jest w górach. A gdy dostrzegłem żółtą koszulkę ok. 300-400 metrów przed przepakiem kilka minut przed 11.00, ten Michał sprzed 12 godzin był o wiele mniej schludny, pachnący, uśmiechnięty, żwawy, elegancki. Usadowiwszy się na ławce stwierdził, że było ciężko, że burza, że kryzys, że lodowiec, że dobrze że kijki. IMG_2032
Przekazanie numeru sztafety, czołówek, innych drobiazgów i przepak pozostał z tyłu. Jeszcze nie wybiegłem z Kals, a spotkałem będącego od 12 godzin na trasie Vladimira – nuerobiologa ze Słowacji. Następne 20 km do przepaku Berghotel Rudolfshutte minęło błyskiem. Podejście na blisko 2600 m n.p.m. było moją życiówką wysokości i jakoś tak bezboleśnie to się odbyło. Zejście w dół do przepaku, na którym przy hamburgerach czekali Ola z Michałem. No i kolejne podejście, i kolejna życiówka, tym razem na prawie 2700 m n.p.m. Tym razem boleśnie się to odbyło. Chyba zabrakło tlenu, na pewno treningu, a robocop Vladimir czekał i dopingował, aż w końcu zniknął za granią. Michał w tym czasie uśmiechał się do hamburgera i mówił, że Uma porusza się z prędkością 2,5 km/godz. Na domiar wszystkiego zaczęło grzać. Podejście wszystkim podchodzącym zdawało się drogą krzyżową.
IMG_2036
Ukrzyżowania nie było. Na szczycie siódmy przystanek sobie urządziłem, kilka łyków wody i spojrzałem w dół na bite 2 km stromizny złożonej z rumowiska głazów skalnych i śniegu po kolana. Pooowwwoooollli z głazu na głaz, śśśśśśnieg, dwa szybkie dupowania, znów trochę głazów, zamiast śniegu – błoto, by w końcu zejście zaczęło wić się dość przyjemną ścieżką ku jednej z największych atrakcji tej części Alp – rozdzielonych tamą Mooser zalewów Mooserboden i Wasserfallboden. Pogoda była śliczna, więc uśmiechnąłem się na wspomnienie uśmiechu Michała. Zbieg wiódł ku wyższemu zalewowi, wzdłuż niego, a następnie szczytem zapory do ostatniego punktu odżywczego. No i jeszcze 16 km w dół do Kaprun, setki strumieni do pokonania, kilka tuneli, kilka razy łańcuchy, w tym „najefektowniejszy” na setnym kilometrze trasy na wysokości szóstego piętra po pionowej ścianie strumienio-wodospadu. Ciemności dopadły mnie w lesie na obrzeżach Kaprun. Lampka, kilkaset metrów kamienistej ścieżki w dół i Kaprun, gdzie na rowerach czekali Ola i Michał, 3 km pokonane wespół i meta.IMG_1383
Czas brutto – 22 godziny i 52 minuty minus pół godziny, które Michał spędził czekając na przejście burzy (czas Vladimira – 22 godziny i 22 minuty). Burza rozpętała się w Kaprun na dobre godzinę później. Dobry timing czy fuks?”IMG_2073
Ola wspomina: „Dwa idioty wybrały się w góry. Miały więcej szczęścia niż rozumu.”

grossglockner profile

grossglockner

Pełną relację znajdziecie ->->-> tu…:)

XII BAIKAL ICE MARATHON 2016, czyli KEEP FIGHTING

Piątek, 4 marca 2016

mapPo ponad pięciogodzinnym locie z Moskwy wylądowaliśmy na 104 południku szerokości wschodniej. Dochodziła piąta rano (7 godzin różnicy), a lotniskowe sklepiki pomimo wczesnej pory oprócz pamiątek oferowały wędzone omule, niedźwiedzie, wilcze i rysie skóry, których rozdziawione paszcze, kły i jęzory zdawały się przestrzegać przed surowością Syberii.

shopKółka walizek ugrzęzły w śniegu, gdy wyszliśmy z terminalu ku zaparkowanej przed nim taksówki. Ruch był praktycznie zerowy, szerokie ulice skąpane w pomarańczowej poświacie latarni były uśpione, a na chodnikach leżała gruba warstwa białego puchu. Nowoczesne budynki górowały nad murowaną zabudową z początku XX wieku i drewnianymi domami niejednokrotnie zdobionymi bajkowymi motywami.
182 - Irkutsk 005 - Irkutsk 031 - Irkutsk - Nabieraznaja029 - Irkutsk - NabieraznajaIrkuck został założony w 1652 roku przez Iwana Pohabowa i pełnił ważną funkcję w handlu skórami i złotem. Godłem miasta jest babr (syberyjski tygrys) trzymający w paszczy sobola, co symbolizuje siłę i wolę przetrwania w tych ekstremalnie trudnych warunkach.

018 - Irkutsk - HerbBabr i Słoń

W 1686 roku Irkuck uzyskał prawa miejskie, a w 1760 roku powstała pierwsza droga łącząca go z Moskwą. Było to z ogromną korzyścią dla miasta, którego znaczenie w handlu z Chinami wzrosło niewspółmiernie. W XIX wieku zsyłano doń na wygnanie artystów, szlachtę i oficerów. Car Mikołaj I „oddelegował” tu Dekabrystów za próbę obalenia caratu. Skala zesłań była tak duża, że pod koniec XIX wieku na dwóch mieszkańców przypadał jeden zesłaniec.

Usytuowanie miasta nad wypływającą z Bajkału i wpadającą do Jeniseju rzeką Angarą sprawiło, że w czasach Związku Radzieckiego postanowiono je zindustrializować. Tu produkowane są samoloty i tędy przebiega trasa kolei transsyberyjskiej. Obecnie Irkuck stanowi ostatni punkt przesiadkowy przed dotarciem do Jeziora Bajkał w celu np. wzięcia udziału w maratonie po jego zamarzniętej powierzchni.

035 - Droga to Listvianki - CopyIrkuck – Listwianka

063 - Listvianka - Bajkal before raceOla i Michaił dotarli do Listwianki po godzinnej podróży autobusem. Z okien ich pokoju na szóstym piętrze hotelu Majak rozciągał się fantastyczny widok na najgłębsze jezioro świata (1642 m), często też nazywane „syberyjskim morzem” czy „błękitnym okiem Syberii”. Położone jest ono w Republice Buriacji oraz obwodzie irkuckim.

042 - Listvianka - Bajkal

Widok z pokoju Oli i Michaiła na końcowe metry maratonu w sobotnie popołudnie

listwianka

Listwianka

W tafli Bajkału (456 m n.p.m.) przeglądają się góry sięgające niemalże 3000 m n.p.m. Choć to „jedynie” jezioro, pamiętać należy o tym, że jest to ogromny zbiornik wodny (siódme największe jezioro świata), którego długość linii brzegowej to ponad 2100 km, ilość wody jest większa od tej w Morzu Bałtyckim, wpływa doń 336 rzek i znajduje się weń 20% wody pitnej całej planety. Długość jeziora wynosi 636 km, maksymalna szerokość – 79 km, przezroczystość wody dochodzi do 40 m, a grubość lodu waha się od 0,4 o 1,2 m. Spore zasługi w eksploracji Bajkału mieli polscy geodeci, czego wyraz stanowi nazwanie jednego ze szczytów Górą Czerskiego (2588 m n.p.m.) pamięci jednego z nich – Jana Czerskiego.

baikalOkoło południa Michaił udał się na krótki trening pięknie odśnieżoną końcową częścią trasy maratonu celem przetestowania butów z własnoręcznie wkręconymi weń śrubami antypoślizgowymi.

buty

Wciąż nie mógł zdecydować się on czy biec w stuningowanych hokach, czy w salomonach z kolcami. Ostatecznie stanęło na tych pierwszych.

048 - Listvianka - Trening BajkalSesja zdjęciowa dla gazety Komsomolec

W międzyczasie Roman Michajłowicz objeżdżał jezioro. Po niemalże dwóch godzinach jazdy oba autokary zatrzymały się, żeby podróżujący mogli podziwiać piękną panoramę Bajkału czy też nabyć omule od niezrażonych kilkunastostopniowym mrozem pań.

081 - Bajkalsk071c Litvianka - plow i omulOmule

Po kolejnej godzinie autokary dotarły do Bajkalska, miejscowości chlubiącej się prawdopodobnie najlepszymi stokami w tej części Rosji. Kilkukilometrowy spacer nad jezioro i już nadeszła pora kolacji, podczas której odbyła się odprawa. Wszystko to jednak blaknie wobec pozornie błahego incydentu. W pewnym momencie przysiadł się dysponujący wcześniejszym doświadczeniem w bieganiu po Bajkale mieszkaniec Sapporo. Za pierwszym razem na pokonanie dystansu do Listwianki potrzebował on 4 godzin i 10 sekund (przy życiówce 3:50!), a za drugim – 5 godzin i 37 minut. Zapytany o trudności niedzielnego biegu, odpowiedział on, że nie będzie to mróz, lód czy wiatr, ale śnieg.

– Jak sobie z tym śniegiem poradzić?

– Keep fighting! – odpowiedział z uśmiechem samuraja.

„Nie przestawaj walczyć!” Jakże prorocze były to słowa…

Niedziela, 6 marca 2016

6:00 – pobudka. 7:00 – bagaż w recepcji i śniadanie. 8:00 – bus. 9:30 – przyjazd na start w Tankhoi. 9:40 – Michaił i pozostali uczestnicy biegu przybywają poduszkowcami z Listwianki do Tankhoi.

Mapa maratonu130 - Ranek przed racemMichaił Siemionowicz przed podróżą na linię startu

Niebo było zachmurzone, wiatr od strony jeziora zawiewał śnieg, temperatura oscylowała w okolicach -15. Start niestety przesunął się o półtorej godziny, gdyż na drugim kilometrze trasy powstało pęknięcie i organizatorzy musieli zorganizować bezpieczną przeprawę, aby zapobiec temu, by wyścig nie przeniósł się na dno Bajkału, co niewspółmiernie opóźniłoby przybycie na linię mety.

145 - Ranek przed racemStart widziany z budynku, który widać za zawodnikami na zdjęciu poniżej 144 - StartMichaił Siemionowicz (90) na linii startu

Chmury nad jeziorem przerzedzały się, gdy o 11:30 blisko 200 uczestników biegu do Listwianki pomknęło ku przeciwnemu brzegu jeziora.

Dotarcie do pierwszego punktu żywieniowego na siódmym kilometrze zajęło Romanowi Michajłowiczowi dokładnie 42 minuty. Dokładnie 5 minut później Michaił Siemionowicz zostawił za sobą tabliczkę 10. To był ten moment, gdy pięknie odśnieżony odcinek trasy skończył się i zaczęło się to, co miało mieć miejsce do Listwianki.

051 - Listvianka - Trening BajkalKońcowy odcinek maratonu w sobotę…

156 - Finish Slon… i w niedzielę

Śnieg po kostki, miejscami po łydki, a momentami po kolana. Dość silny wiatr był oczywiście północno-zachodni (z punktu widzenia uczestników biegu), by na jedenastym kilometrze zmienić się na północny, czyli czołowy, i tak na przemian wiał on do mety.

Następny punk żywieniowy był przy tabliczce 15. Michaił zameldował się przy niej po 75 minutach, a Michajłowicz 22 minuty później. Ten drugi wziął garść daktyli, wypił trzy kubeczki ciepłej słodkiej herbaty, otworzył pierwszy żel tego dnia, którego konsystencja przywiodła mu na myśl lekko zmrożony sernik na zimno, i pomknął pod wiatr zapadając się po łydki w śniegu. Następne 6 km dłużyło mu się niepomiernie, a przez myśl przeszło mu, by pokonać drugie 21 km wodolotem, czy raczej śniegolotem.

059 - Listvianka - Bajkal before racePunkt 21 był ostatnim dla uczestników półmaratonu, więc zgromadził się tam tłumik ludzi, skuterów i lodolotów. Był tam też NAJWIĘKSZY PECHOWIEC XII wyścigu przez Bajkał – Bartek Mazerski ze Sztumu (zwycięzca maratonu na Antarktydzie), który w piątek złamał kość w stopie, co pozbawiło go szansy na triumf. To on właśnie powiedział Michajłowiczowi, że kolejny przybysz z Polski Maciek za chwilę rusza i będzie im w parze łatwiej, co poniekąd „sprawiło”, że zamiast myśleć o podróży śniegolotem, Roman z kolejnym sernikiem na zimno w dłoni, tym razem kofeinowym o smaku czekoladowym, co rusz zapadając się w śniegu, pomknął ku Listwiance. W ten oto sposób los zetknął ich dwóch na następne 16 km.

Dokładnie w tej samej chwili Michaił spojrzał na zegarek i spostrzegł, że minęło 25 minut odkąd był na półmetku. Wiatr wiał centralnie w twarz, a przy tabliczce 28 (kilometr po kolejnym punkcie odżywczym) trasa skręciła o 45 stopni w lewo, a zaspy ustąpiły miejsca twardej nawierzchni czy tafli lodu.

Gdy Roman dotarł do tego miejsca, wszyscy wokół westchnęli, że „w końcu”. Cóż, jak to powiadają, nie chwal dnia przed zachodem słońca. Nim pojawiła się tabliczka 30 śniegu było nawet więcej niż do tej pory. I jak się miało okazać, miało być go więcej i więcej. Samurajskie powiedzenie „Keep fighting” stało się nader aktualne, i Michajłowicz miał przed oczyma uśmiech na twarzy Sapporo dzielącego się tym przysłowiem japońsko-bajkalskim.

32 był punktem odżywczym, na którym uformowało się trio w składzie: Maciek, Michajłowicz i Rosjanin. Tak parli oni przez następne cztery kilometry połykając wszystkich innych uczestników, gdy Maciek stwierdził, że zamarzają mu stopy i musi się zatrzymać.

W owej chwili, Michajłowicz zamarzanie postrzegał inaczej. Opaska chroniąca szyję była już od kilku kilometrów zamarznięta, brzegi czapki i pompony przy nausznikach były okrągłym soplem lodu, kciuk lewej rękawiczki był zamarznięty, więc dłoń przybrała surwiwalowy kształt pięści, wszystkie palce prawej rękawiczki były kompletnie zamarznięte, więc prawica była jeszcze mocniej zaciśnięta, a wrażenie, że rzęsy prawej powieki zlepił lód postępowało.

W subiektywnym odczuciu Michajłowicza krajobraz na ową chwilę wyglądał następująco: śnieg momentami po kolana, widniejąca na horyzoncie Listwianka, za nią pokryte lasem góry przywodziły na myśl klify Dover, chmury rozpierzchły się, słońce wisiało wysoko na niebie, kurtka Romana sztywno falowała w nierówny rytm jego kroków, Maciek stawał się powoli małym czarnym punktem, a ostatniego punktu żywieniowego 37 nie było i nie było. Duch w narodzie dwuosobowym lekko zaczął słabnąć, gdy pojawił się w polu widzenia mały czarny prostokąt, czyli kolejny beczkowóz stanowiący na punktach osłonę przed wiatrem. Duch w narodzie wzmocnił się znacznie, gdy obok zobaczył on 39. Dwa kubki herbaty, wyprzedzenie kilku wycieńczonych biegaczy i coraz wyraźniejszym jawić się zaczął finisz zmagań.

5 godzin i 36 minut od momentu startu czekał Roman Michajłowicz , którego wierzchnia warstwa od pasa w górę była zamarznięta, by dotrzeć na metę. A gdy dotarł on do pokoju 603 ze wspaniałym widokiem na Bajkał, Michaił Siemionowicz był już zregenerowany i po toalecie, gdyż ukończył maraton 50 minut wcześniej. Był to też moment, gdy Michajłowicz zaczął cierpieć na pomroczność jasną i nie mógł z należytą czcią podziwiać wspaniałego widoku. Było to wynikiem popełnienia jednego z nielicznych błędów młodości. Na początku biegu było pochmurnie, więc nie założył on ani gogli, które miał w plecaczku, ani okularów przeciwsłonecznych, które miał w lewej kieszeni kurtki. W rezultacie, czerwień twarzy praktycznie nie kontrastowała z czerwienią gałek ocznych. Kilkadziesiąt minut później widział on niejako przez mgłę, by po około 24 godzinach jego wzrok zaczął funkcjonować w miarę normalnie.

154 - Finish SlonMichaił Siemionowicz na mecie XII Baikal Ice Marathon

161 - Finish Uma Roman Michajłowicz i Aleksandra Michajłowna

O 19:40 w restauracji hotelu Majak odbyła się ceremonia rozdania nagród. Zdominowana została ona przez przybyszów z Polski. Trasę z Tankhoi do Listwianki najszybciej pokonał Piotr Hercog, który potrzebował na to 3 godziny, 55 minut i 51 sekund, drugie miejsce zajął Łukasz Zdanowicz (4:07:20), trzecie – Sierhiej Jurewicz Chazow (4:15:55), a bardzo dobre ósme miejsce stało się udziałem członka KB GOCH Michaiła Siemionowicza Kazimierskiego, który potrzebował na pokonanie 42,195 km dokładnie 4 godziny, 46 minut i 49 sekund.

Wśród pań pierwsze miejsce zajęła Daryja Dmitrevna z czasem 5:00:48, a drugie (40 miejsce w klasyfikacji generalnej) – Roman Michajłowicz Chałupa (5:36:10). Maraton ukończyło 141 z 156, półmaraton – 29 z 31 uczestników, szczegółowe wyniki można znaleźć tutaj, a jedną z relacji – tutaj.

174 - Rozdanie Nagrod - Slon177 - Rozdanie Nagrod - Uma  XIII edycja Baikal Ice Marathon już za niecały rok…

Legenda:

Aleksandra Michajłowna – Ola Chałupa

Michaił Siemionowicz / Słoń – Michał Kazimierski

Roman Michajłowicz – Roman Daniel Chałupa

XII BIEG RZEŹNIKA

Zrobiwszy wespół z Młodym (czyli Sławkiem Kobierowskim) w czerwcu 2013 roku X edycję Biegu Rzeźnika, Yacha (czyli Tomek Jaszewski) zadzwonił i zapytał, czy nie nagrałbym na Canal+ reportażu dokumentującego ówże weekend.

bieg rzeźnika logo
Nagrałem. Obejrzeliśmy. Pogadaliśmy. Potem obejrzałem dokument jeszcze z kilkoma osobami, w tym ze Słoniem (Michałem Kazimierskim). Wszyscy stwierdzili, że to naprawdę fajna impreza i byłoby super wziąć w niej udział.
Pod koniec grudnia Słoń rzucił hasło, że może by tak wystartować w Rzeźniku, na co odpowiedziałem mu, że z jego %#&@ Achillesami to raczej nie. Po sylwestrze zacząłem o tym myśleć i analizować trasę, i doszedłem do wniosku, że jest to do zrobienia, jeśli nie „zajedziemy” się w pierwszej fazie biegu.rzeźnik profil
Telefon do Słonia z zapytaniem czy nie zmienił zdania i nadal chce wziąć udział, zgłoszenie i radość z faktu, że mieliśmy szczęście zostać jedną z 713 par wylosowanych do startu w XII Biegu Rzeźnika spośród prawie dwóch tysięcy wyrażających chęć udziału w ultramaratonie górskim w czerwcowy długi weekend.

Ów weekend w końcu nadszedł. Z Olą i Słoniem spotkaliśmy się w Warszawie w środę wieczorem, przekimaliśmy u Megan i w czwartek rano ruszyliśmy w kierunku Bieszczad.

001 - Rzeznik - w drodze do BieszczadPo przejechaniu z Bytowa w sumie ponad 800 km, dotarliśmy wczesnym popołudniem do naszej kwatery w Rzepedzi na niecałe 12 godzin przed startem biegu. Szybko wyrzuciliśmy graty z samochodu, zapoznaliśmy się z naszymi współlokatorami (też przyjechali na Rzeźnika) i pojechaliśmy przez Komańczę do Cisnej, aby zarejestrować się, odebrać pakiety startowe, zostawić worki z potrzebnymi ciuchami na przepaki w Cisnej, Smereku i Berehach, wziąć udział w odprawie i posłuchać tradycyjnie już uświetniających kolejną edycję BRz muzyków z zespołu WIEWIÓRKA NA DRZEWIE. Słuchawszy obserwowaliśmy słońce chylące się ku lesistym czubkom gór otaczających Cisną, których cienie wydłużały się wprost proporcjonalnie do czekającego nas wysiłku.

006 - Rzeznik - odbior numerow w Cisnej007 - Rzeznik - odbior numerow w Cisnej009 - Rzeznik - odbior numerow w Cisnej010 - Rzeznik - odbior numerow w Cisnej

O godzinie 2:51 zaparkowaliśmy niedaleko drewnianego kościółka w Komańczy (0 km – 460 m n.p.m.) i udaliśmy się w kierunku linii startu. Słoń był gotowy do startu start, bo najważniejszy jest szybki start, a ja pochłaniałem jeszcze makaron z kontenera na tyle wolno, że bieg się zaczął, a ja zjadłem raptem połowę. Oddałem resztę Oli i ruszyliśmy.

014 - Rzeznik - Selfie przed startem 016 - Rzeznik - Started o 3am

Blisko półtora tysiąca uczestników rozświetliło czołówkami czerwony szlak wiodący ku Chryszczatej (12 km – 997 m n.p.m.), pierwszej z gór na naszej trasie. Powoli szarzało, a my z asfaltu zeszliśmy na ścieżki leśne. Około 4:44 pierwsze promienie słońca sprawiły, że już tylko pojedynczy uczestnicy biegu używali lampek, a wstający piękny dzień był obietnicą niezapomnianych przeżyć. Urokliwie rozświetlony las, chłodzący boczny wiatr, pokonywane podejścia, zejścia i strumyki nie sprawiały kłopotów, a wszyscy jednomyślnie stwierdzali, że sielanka nie będzie trwała wiecznie.

017 - Rzeznik - pierwsza gora Lutowianka022 - Rzeznik - drugi przepak w Smerek

Nieco ponad dwie godziny później wkroczyliśmy do Cisnej (32 km – 562 m n.p.m.). Pomimo tego, że była dopiero godzina 7:01, sporo osób przed domami, na balkonach i przy jezdni żywo dopingując sprawiało, że nie wypadało nie przyspieszyć. Na torach tuż przed pierwszym przepakiem kapela grała skoczne ska, a my mijaliśmy pary wyruszające, by pokonać odcinek do następnego przepaku w miejscowości Smerek (56 km – 644 m n.p.m.).
Uzupełniliśmy płyny, napełniliśmy bidony i nerki, zostawiliśmy czołówki i niepotrzebne rzeczy, gdyż wiadomo było, że dzień szykuje się piękny, wzięliśmy kijki i ruszyliśmy. Błąd – nie zjadłem makaronu w Cisnej. A możliwość była. Chwilę później byliśmy z powrotem na torach, kapela nadal grała ska, widzów było chyba jeszcze więcej, a my przeszliśmy wiaduktem i wbiliśmy się w krzaki tak, jak nakazywał czerwony szlak, by za moment użyć kijków po raz pierwszy. Tutaj zaczęły się moje kłopoty z bardziej stromymi podejściami, które to towarzyszyły mi aż do Połoniny Caryńskiej. Ale po kolei.
Podejście na szczyt Małego Jasła (1097 m n.p.m.) zweryfikowało mnie konkretnie. Niby tylko 5 czy 6 km od Cisnej, ale zaczęła się Rzeź (NIK jakby nie weryfikował, doszedłby do takiego samego wniosku:)). O godzinie 9:00 Słoń oznajmił, że właśnie pokonaliśmy dystans maratoński. Poranek był piękny, podejście było za nami, siły tak jakby wróciły, a my pędziliśmy lasem niczym te dziki z logo biegu ku Okrąglikowi (1101 m n.p.m.) na granicy ze Słowacją. Zdradliwość tego punktu polegała na tym, że idąc szlakiem na wprost doszlibyśmy ostatecznie do Bratysławy, ale my zrobiliśmy sobie sesję fotograficzną i skręciliśmy w lewo.

019 - Rzeznik - pierwsza gora Lutowianka020 - Rzeznik - pierwsza gora Lutowianka

Szliśmy połoniną, dookoła rozciągał się przepiękny widok, bezchmurne niebo i lekko chłodzący wiatr, co w sumie zrekompensowało z nadwyżką kryzys kilka kilometrów wcześniej. Jakiś czas później było długie, bardzo strome zejście błotem ku Drodze Mirka (od imienia pomysłodawcy BRz), nieoczekiwany i nieuwzględniony w rozpisce punkt z wodą (mi się właśnie skończyła na dosłownie dwie minuty przed) nadzorowany przez Mirka, korytko z zabłoconą wodą by mogły się dziki ochlapać, i 9 km do przepaku w Smereku. Oj dłużyło mi się %$@# dłużyło. Słoń biegał wte i wewte, a ja %#$@ człapałem. Słońce grzało coraz mocniej, a wiatr przestał chłodzić.
I gdy tak grzało i nie chłodziło, dotarliśmy do miejscowości Smerek (56 km – 590 m n.p.m.).

028 - Rzeznik - drugi przepak w Smerek024 - Rzeznik - drugi przepak w Smerek

Ola czekała na nas na przepaku, który to oferował prawdziwie królewskie menu: izotoniki, colę, wodę, pieczone kartofle, mięso, swojski chleb ze smalcem, pyszne ciasto z rabarbarem (którego pochłonąłem sporą ilość) i wiele innych specjałów. Fizjologicznie, na makaron było już za późno, a najtrudniejsze dopiero na nas czekało. Ola ze Słoniem trochę postali i porozmawiali, a ja ruszyłem w trasę wiedząc, że Słonik mnie za chwilę dogoni. Tak też się stało.
Szliśmy lasem. Robiło się coraz cieplej i coraz bardziej stromo, a ja wyczekiwałem momentu, gdy wyjdziemy z lasu i zobaczymy Smerek (60 km – 1222 m n.p.m.). Dwa postoje kosztowało mnie dotarcie na szczyt, a Słoń niczym kozica pomykał do przodu. Był w awangardzie, ja stanowiłem natomiast ariergardę.
Trzeci postój na szczycie na żel i picie rozpoczął dość przyjemny etap do Chatki Puchatka (67 km – 1228 m n.p.m.) na Połoninie Wetlińskiej. Przyjemny, bo pozbawiony stromych podejść, które były moją zmorą od Małego Jasła.

041 - Rzeznik - przed trzecim przepakiem w BrzegachPrzy Chatce Puchatka tradycyjnie znajduje się wielu wędrówkowiczów. I było ich wielu z racji tego, że pogoda była piękna (i znów wiał chłodzący boczny wiatr). Rzeźnicy biegli, a setki osób na szlaku robiło im miejsce i dopingowało służąc pomocą, gdy to było potrzebne. No i jeszcze było zejście, na którym wielu rzeźników mówiło sobie coś tam pod nosem – superlatywy zapewne. W naszym przypadku – moc całości teamu wróciła. Podział na awangardę i ariergardę przestał być sztywny.

050 - Rzeznik - trzeci i ostatni przepak w BrzegachWszystko wróciło do tzw. „normy” na podejściu z przepaku w Berehach Górnych (69 km – 760 m n.p.m.) na Połoninę Caryńską (72 km – 1297 m n.p.m.). Słonik przeżył swoją „chwilę prawdy”, a ja przysiadłem trzy razy po to, żeby przysiąść po raz czwarty naprawdę. Oczy mi zaparowały, a ja tak siedziałem sobie przy ścieżce. Mijali mnie rzeźnicy, mijali mnie turyści, a ja siedziałem. Jedna z tych drugich oddała mi swoją butelkę pepsi, która postawiła mnie na nogi. W tej to właśnie chwili, po drugiej stronie ścieżki przysiedli dwaj rzeźnicy, z których jeden czuł to, co ja kwadrans wcześniej.
Zaraz potem uradował fakt, że po kilku minutach las się skończył, i tylko kawałek stromizny dzielił od najwyższego punktu na Połoninie Caryńskiej, co oznaczało, że przed nami było 5 km w dół do Ustrzyk Górnych (77 km – 640 m n.p.m.). W momencie, gdy wszedłem na grań, ten chłodzący rozkosznie wiatr dmuchnął tak, że niemalże mnie przewrócił i zepchnął w dół do podnóży tejże nie tylko mojej tego dnia Golgoty.
Pepsi zaczęło nieść i na zejściu pędziliśmy wyprzedzając wielu z rzeźników i turystów, którym Caryńska Golgotą nie była do takiego stopnia jak dla mnie. Co niektórzy z nich zdumieni byli bardzo widząc postać moją zmartwychwstałą. Miałem też okazję podziękować nieco bardziej świadomie pani, która obdarowała mnie legendarną już w mojej głowie pepsi.

054 - Rzeznik - meta w Ustrzykach Gornych 055 - Rzeznik - meta w Ustrzykach Gornych 058 - Rzeznik - meta w Ustrzykach Gornych 061 - Rzeznik - meta w Ustrzykach Gornych
Potem było jeszcze zawsze nieprzyjemne zejście lasem do Ustrzyk Górnych i o 16:20 zameldowaliśmy się na mecie. Każdy z „finisherów” otrzymał m.in. kufel uważonego specjalnie na tę okazję piwa rzeźnik i pamiątkowy medal. Ja byłem zainteresowany jedynie zajęciem pozycji horyzontalnej, a Słoń ciągle jakby biegł. Trawka nad potokiem oferowała znakomite miejsce do pikniku więc poszedłem spocząć, a Słoń skorzystał i spił oba rzeźniki, zjadł dużo, no i wespół z Olą niańczył mnie. Ja zaś spałem do 6:30 dnia następnego, by w końcu powstać ponownie, i podziwiając piękno otaczających gór wypić kawę na tarasie naszego domku.

104 - Bieszczady - piwo Rzeznika 105 - Bieszczady - zimna woda dzien po zawodach
Konkludując, gdyby po nauczycielsku opatrzyć Bieg Rzeźnika tematem, brzmieć mógłby on następująco: „Lekcja pokory i życia, czyli o zrozumieniu czym jest natura ludzka i natura w ogóle.” Przytoczyłbym tu jeszcze stwierdzenie Fryderyka Nietzsche, że „zmęczenie czyni ludźmi równymi…”

108 - Rzeznik - medale za ukonczenie
Ps. Po biegu Słoń powiedział mi, że gdy powiedziałem mu w grudniu, że „z jego %#&@ Achillesami to raczej nie”, to on pomyślał sobie, że z moim kolanem to też chyba nie. Tematem tej lekcji niech będzie to, że „Der Wille zur Macht, czyli da się, jeśli będziesz chciał…”

078 - Bieszczady - do Jawornika

ROCKandRUN

Ave biegacze!

ROCKNRUN

W najbliższą niedzielę odbędzie się w Bydgoszczy I półmaraton ROCKandRUN. Bieg ten będzie różnił się od wszystkich innych oprawą muzyczną, a biegaczy muzycznym czadem wesprą Acid Drinkers, Tymon & The Transistors, Illegal Boys oraz kapele grające kawałki kapel i artystów takich jak Black Sabbath, Metallica, Kiss, Misfits, Kazik czy Johnny Cash.

rocknrun trasa

Wpisowe na chwilę obecną wynosi 80 złotych, a w niedzielę opłata wzrośnie o dwie dychy. Planuję pojechać tam samochodem, a zainteresowanych proszę o kontakt.

rockandrun

Z biegowym pozdrowieniem Viva rock! Viva running!

LOKALNE WSPOMINKI Z EVERESTU

początek wyglądał tak:

everest

„Ponad 200 osób ruszyło na trasę rozgrywanego w niedzielę III Biegu i Rajdu Nordic Walking na Mount Everest – Piękno Natury. Najszybciej na bytowski szczyt wspiął się Sebastian Treder z Borzytuchomia. Za nim na mecie pojawił się Łukasz Mielewczyk z LKB Braci Petk Lębork. Wśród kobiet najszybsza była bytowianka Justyna Janta-Lipińska.”

na trasie tak:

trasa baner

trasa

trasa ciepło

trasa 200

od kuchni wyglądało to niezmiennie tak:

gniewko

a wszystko wieńczył uścisk prezesa:

trasa prezes

więcej zdjęć TrUpTAJ..:)